Żużel. Wspomnienie Zdzisława "Zdzicha" Ruteckiego - część 1

Sławomir Jankowski
Jolanta Kaliska/"Tygodnik Żużlowy" nr 40 (149)/3 października 1993
Jaki jest najpiękniejszy żużel? Żużel dzieciństwa. Pierwszy żużel. I Zdzisław Rutecki niewątpliwie należał do panteonu głównych bohaterów tego mojego pierwszego żużla.

27 kwietnia 2011 roku, środa. Około dziesiątej rano do mojego sklepu w miejscowości położonej z dala od głównych szlaków komunikacyjnych wchodzi zaprzyjaźniony klient, który uwielbia wszelkie straszne historie. - Panie Sławku, słyszał pan, dziś rano w wypadku w Brzozówce pod Toruniem zginął żużlowiec. Zaraz, zaraz, jak się nazywa… Odstawia kulę, wyciąga kartkę z kieszeni spodni, na której ma zapisane nazwisko i niemal uroczyście, a jednocześnie z jakąś dozą triumfu, że mógł mnie czymś na temat czarnego sportu zainteresować, zaskoczyć, czyta: - Zdzisław Rutecki. Jeździł w Grudziądzu i w Polonii Bydgoszcz.

Jechali busem, drugi pasażer ranny, kierowcy nic się nie stało, doznał szoku, ale to normalne, tylko jeden zginął. Pomyślałem: „biedny Zdzichu”, zatkało mnie, a potem nie wiem czemu zachodziłem w głowę, że jakaś znajoma mi ta Brzozówka, gdzie ona może leżeć? Z której strony Torunia?

Kilka dni później, w słoneczne, pełne radości budzącego się na nowo do życia wiosennego świata sobotnie popołudnie, w drodze do Torunia, pod słońce, w stronę słońca, przejeżdżam przez Brzozówkę. Patrzę na rowy, te okrutnie głębokie, strome przydrożne rowy, zwracam na nie uwagę. W którym miejscu mógł zginąć Zdzichu? Czy to ta Brzozówka? Ta przed Lubiczem, tak dobrze mi znanym? A może jest jakaś inna? („Sprawdzę później w Internecie”).

Jeśli to ta, to obok miejsca ostatniego tchnienia Zdzicha przejeżdżałem przez ostanie kilka lat dziesiątki, jeśli nie setki razy i już wiem, że musi powstać ten tekst, to wspomnienie o Zdzichu i jeszcze w aucie, za kierownicą, w myślach kreślę szkic (pomyślałem też: „Zginęli na polskich drogach: Gaetano Scirea - Juventus Turyn - w Babsku; Zdzisław Rutecki - Polonia Bydgoszcz - w Brzozówce". Taki swoisty myślowy skrót).

Zdzisław Rutecki przeszedł z GKM-u Grudziądz do Polonii Bydgoszcz w 1982 roku w dosyć barwnych, ciekawych, kontrowersyjnych okolicznościach, których jednak z prasy nie znałem, lecz z prywatnych rozmów ze znajomymi, zatem nie będę ich tu przytaczał. Zresztą tamte lata jak wino w kadziach nabrały już mocnego posmaku i zapachu legendy. A poza tym wówczas już sam fakt transferu jakiegokolwiek wartościowego ligowego żużlowca bywał z reguły nie lada sensacją.

Zdzichu (tak mawiano o Zdzisławie Ruteckim w Bydgoszczy, nie Zdzisław, Zdzisiu, a Zdzichu) od razu stał się filarem swojej nowej drużyny, która wówczas szczyciła się nieprzerwanym, od 1951 roku, pasmem startów w pierwszej lidze, z której nigdy nie spadła. Mecze barażowe o utrzymanie się w elicie, przyciągały nierzadko więcej widzów i wprawiały ich w o wiele większe emocje, niż potyczki o mistrzowskie szarfy. Zdzichu poprzez swą skromność i niesamowitą, zadziwiającą jak na stosunkowo młody wiek umiejętność jazdy parą, od razu stał się ulubieńcem znającej się na żużlu miejscowej społeczności wytrawnych kibiców.

Taki firmowy duet Polonii w pierwszym okresie swoich startów z gryfem na plastronie, szczególnie skuteczny na miejscowym torze przy ul. Sportowej, tworzył nasz bohater ze Zbigniewem Bizoniem, z którym, jak zdążyłem zauważyć, łączyła go potem nić przyjaźni jeszcze przez długie lata po zakończeniu przez nich zawodniczych karier.

I z tą oto dwójką rówieśników z rocznika 1960 w głównych rolach powracają mi bardzo często we wspomnieniach dwa bardzo wczesne obrazy. Jest rok 1983, może rok wcześniej, może rok później, mecz w Bydgoszczy bodaj ze Stalą Rzeszów, albo z Kolejarzem Opole (to akurat mniej ważne). Polonia wygrywa bardzo wysoko, swoje punkty przywozi lider, Bolek Proch, ale zawodnikiem meczu z 14 punktami i bonusem (choć wówczas tego terminu jeszcze powszechnie nie stosowano) jest Zdzichu Rutecki, do którego dorobku, 10 punktów dokłada partner z pary Bizoń. I to oni są na ustach tłumów kibiców opuszczających stadion. Komplet swoich trzech wspólnych wyścigów wygrywają podwójnie.

Ja zostaję w obrębie stadionu trochę dłużej, przyglądam się pomeczowej krzątaninie w parkingu. Zawsze zza jego siatki, bądź jeśli się da dostać do środka - z samego centrum wydarzeń, można wyłowić mnóstwo ważnych, a przy tym jakże malowniczych dla młodego kibica szczegółów. Potem niespiesznie wracam ulicą Curie-Skłodowskiej w kierunku przecinającej ją wówczas chyba jeszcze ulicy Szerokiej, a dziś Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Zawsze towarzyszy temu swego rodzaju nostalgia powrotu z owego bajkowego świata do trudów realnego życia. Tak, wówczas żużel, sport były dla nas swego rodzaju bajką, innym światem.

Tymczasem idę ciągle jeszcze w tłumie, w wartkiej rzece ludzi żywo dyskutujących o zakończonym co dopiero meczu. Dochodzę do bardzo zatłoczonego przystanku autobusowego przy „Kaprysie”. Wśród gawiedzi, nieco z boku, od strony, z której idę zauważam nie kogo innego jak ich bohatera, Zdzicha, który stoi sam, skromnie, niepozornie, jakby o dziwo przez nikogo nie zauważony. Impuls, podchodzę, proszę o autograf, ludzie przyglądają się zaskoczeni, zdziwieni.

Jak opisać ów moment, chwilę, ów niesamowity sekret kontaktu między bohaterem, młodym, dopiero co wschodzącym na scenę bohaterem i jego kilkunastoletnim kibicem na przystanku komunikacji miejskiej w Bydgoszczy, przy „Kaprysie”, na oczach zaskoczonych innych kibiców, którzy ciągle nie wiedzą o co chodzi? Jak opisać obraz, kiedy dopiero co przed kilkudziesięcioma minutami bohater tłumu, wsiada w tymże tłumie do czerwonego autobusu komunikacji miejskiej i odjeżdża? Jak wyrazić emocje nadzwyczajne, wzruszające, by nie zabrzmiało zbyt patetycznie? Z tego też składał się wówczas żużel. Mój żużel.

Drugi obraz. Polonia za czasów trenera Nieścieruka. A odbywało się to następująco. Ostatni trening miał z reguły miejsce dzień przed meczem, w sobotę, późnym popołudniem. Podstawowa szóstka była pewna występu już przed jego rozpoczęciem, ale pozostałych czterech, a nawet sześciu, jeśli nawet nie więcej zawodników, walczyło o dwa miejsca rezerwowych. Po treningu odbywała się narada za zamkniętymi drzwiami, a potem co oczywiste, kosmetyka motocykli.

Trening skończony. Miejsca rezerwowych wywalczają Bizoń i Paweł Bukiej. Ten drugi skarży się z przymrużeniem oka, że „więcej czyszczenia niż jeżdżenia”. Motocykle myje się metanolem za pomocą pędzelka, szczególnie silnik. Bizoń w tamtych szarych czasach, kiedy większość jaw ma takie same jasnoniebieskie plastikowe matowe błotniki, jest prawdziwym pedantem i lubi swój motocykl ozdabiać różnymi „świecidełkami”, o które wówczas tak niezmiernie trudno. On w przeciwieństwie do Bukieja nie narzeka, tylko z uporem i skrupulatnością stara doprowadzić swój jedyny motor do stanu najwyższej, idealnej czystości. Podchodzi Zdzichu, chce od kolegi przejąć przyrządy do mycia i nieco zniecierpliwiony żartuje: - Po co tak pucujesz? I tak wyjedziesz najwyżej raz i zanim wyjdziesz z pierwszego łuku kompletnie cię zachlapią. Musielibyście zobaczyć minę klęczącego przy motocyklu Bizonia i serdeczny uśmiech stojącego nad nim Ruteckiego, który po chwili przejmuje pojemnik z metanolem i pędzelek.

Ale to nie koniec. Następnego dnia rozgrywa się przecież mecz (bodaj mecz derbowy z Apatorem, a może z Falubazem - w każdym razie bardzo zacięty i chyba przegrany przez miejscowych). I istotnie Zbigniew Bizoń pojawia się jako rezerwa i zasypany kompletnie niemal nie wyjeżdża z pierwszego wirażu, cudem kończy na ostatnim miejscu swój jedyny tego dnia bieg. Zdzichu niechcący poprzedniego wieczora wszystko dokładnie przewidział, miał rację. „Więcej czyszczenia niż jeżdżenia” - jak skwitowałby ulubieniec żeńskiej części bydgoskiej publiczności, jeżdżący prywatnie (w pierwszej połowie lat 80!) niebieskim metalicznym datsunem z kierownicą po prawej stronie - Bukiej. Piękne sportowe auto...

Żużel. Wspomnienie Zdzisława "Zdzicha" Ruteckiego - część 2

Zobacz też: Zdzisław Rutecki zginął w wypadku pod Toruniem. Film i zdjęcia

Codziennie rano najświeższe informacje z regionu prosto na Twoją skrzynkę e-mail. Zapisz się do newslettera! Dodaj swój artykuł. Dodaj swoje zdjęcia

Menedżer sportowy - zbawienie czy zło konieczne?

Wideo

Materiał oryginalny: Żużel. Wspomnienie Zdzisława "Zdzicha" Ruteckiego - część 1 - Toruń Nasze Miasto

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie