Szaleńczy korowód, czyli „Ślepcy” [recenzja]

Redakcja
"Ślepcy" Teatru KTO przykuwają uwagę barwą i ruchem.
"Ślepcy" Teatru KTO przykuwają uwagę barwą i ruchem. Marek Pieta
W co może zamienić się szpitalne łóżko? We wszystko: od taczki po barykadę – udowadnia Jerzy Zoń, którego „Ślepców” mogliśmy oglądać podczas Festiwalu Debiutantów Pierwszy Kontakt.

Spektakl zaczyna się spokojnie: oto uliczna skrzypaczka swoją grą porywa przechodniów do tańca. Początkowo nieporadne podrygiwania samotnych mieszkańców miasta szybko zmieniają się w doskonale zgrany walc z udziałem kilkunastu kolorowych par. Tańczy każdy: urzędnik z teczką, agresywny motocyklista, zakochani narzeczeni i piękna kobieta w okularach – do czasu, gdy muzykę przerywa gwałtowny krzyk. To krzyczy pierwszy ślepiec. Właśnie zaczęła się epidemia.
Jerzy Zoń buduje swój spektakl przesuwając przed widzami cykle kolejnych obrazów – a każdy z nich jest ciekawszy od poprzedniego. Reżyser miał przed sobą trudne zadanie: „Miasto Ślepców" Jose Saramago nie jest powieścią, którą łatwo przełożyć na język teatru. Zoń zrezygnował więc niemal całkowicie ze słów, zminimalizował liczbę rekwizytów – postawił na ruch aktorski i kazał mieszkańcom Miasta tańczyć.
Postaci tańczą więc, gdy rozwija się epidemia, tańczą, gdy władze zamykają ich w szpitalu psychiatrycznym. Nerwowymi, urywanymi gestami wyrażają swoje przerażenie, a zimne, szpitalne łóżka na kółkach stają się dla nich wszystkim. Na łóżkach kulą się w przerażeniu, gdy z głośników płyną we wszystkich językach liczby zarażonych (wzrastające w miarę postępu epidemii); a gdy ślepnie całe miasto, łóżka stają się niczym szalupy ratunkowe. Gdy ślepcy szukają ucieczki w religii, łóżka zmieniają się w ołtarze i drogę krzyżową, a gdy zaczynają ze sobą walczyć – w barykadę. Przy tym wszystkim cały czas wirują, tańcząc chaotyczny, rozedrgany taniec. Wielkie brawa dla choreografa, Eryka Makohona.
Całość jest niezwykle plastyczna. Upiorny korowód ślepców trzymających się za białe laski przypomina „Ślepców" Petera Breugla; mieszkańcy stojący na łóżkach i odpychający się od ziemi laskami przywodzą na myśl „Statek szaleńców" Boscha, a scena, w której ślepi mężczyźni podporządkowują sobie kobiety, tańcząc gwałtowne tango w wirze czerwonych iskier, budzi zarówno grozę jak i zachwyt. Na tle barwnych korowodów cały czas możemy przy tym obserwować historie poszczególnych chorych, ich jednostkowe porażki, przerażenia zwątpienia i radości.
„Ślepcy" nie są spektaklem konkursowym – może i dobrze, bo Teatr KTO tym przedstawieniem postawił poprzeczkę niebywale wysoko. 

Dla kogo brytyjskie Oscary?

Wideo

Materiał oryginalny: Szaleńczy korowód, czyli „Ślepcy” [recenzja] - Warszawa Nasze Miasto

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie